Po krótkiej przerwie, przeznaczonej na zaczerpnięcie oddechu i skok w bok w zupełnie inny literacki wymiar, postanowiłem powrócić do historii Huberta. Ogromnie polubiłem tego nieokrzesanego małolata i jego nietypowe, momentami wręcz komiczne podejście do niektórych kwestii, wiec tym bardziej ochoczo zabrałem się za dalszą lekturę.
Doświadczony przeżytymi – na jawie lub we śnie – latami w Święcinie, Hubert postanawia tym razem być o wiele mądrzejszy i sprytniejszy, niż ostatnio. Wraz ze sceptycznie nastawionym do jego pomysłów Ernestem kradnie w Paryżu samochód, po czym jak najszybciej jedzie do Poznania. Tu czeka go nie lada zadanie – po pierwsze, trzeba przekonać rodziców, co czeka świat w ciągu najbliższych godzin i miesięcy, a następnie namówić ich na podróż do Święcina, które jawi się w umyśle Huberta jako jedyny bastion ocalenia, jaki pozostał dobrym ludziom na tym świecie.
Wtórna, choć nie bez znaczenia, pozostaje kwestia rodziców Ernesta, a także jego siostry i dziadka. Zarówno stary Albert, jak i Zuza mogą bowiem ze swoją wiedzą i umiejętnościami okazać się bardzo przydatni nie tylko w życiu codziennym, ale i w walce z demonami – tymi, opisanymi w zdobytej przez chłopaków „Demonologii”, jak i tymi zupełnie nieznanymi do tej pory.
Już sam tytuł sugeruje, na jaki aspekt przetrwania (a zarazem jaki element historii Huberta) położony jest w tym tomie nacisk. Hubert, Ernest i kilka innych osób jawią się zarówno nam, jak i żyjącym po katastrofie ludziom, jako tropiciele – osoby zdolne zlokalizować czające się w okolicy demony, a następnie je (delikatnie rzecz ujmując) spacyfikować. Czytelników czeka zatem nerwowa, niebezpieczna, ale i emocjonująca walka z biesami, strzygami, dziwnymi psami i masą innych istot, o których istnieniu w świadomości dawnych Słowian nie mieli być może pojęcia.
To, co wyróżnia ten tom (jak i poprzedni) od innych powieści postapokaliptycznych, jakie miałem okazję czytać (wliczając w to niemal wszystkie książki z Uniwersum Metro 2033), to przede wszystkim akcja tocząca się na terytorium Polski. Mamy Poznań, Szczecin, Gdańsk… do tego humor – jak już wspominałem, Hubert bywa w swoich działaniach komiczny na tyle, że nawet najstraszniejsze momenty swojego życia potrafi zamienić w niezłą szopkę. To zaś sprawia, że książkę czyta się nadzwyczaj lekko i przyjemnie, wręcz wyczekując kolejnych przebłysków „geniuszu” głównego bohatera.
Przyznam szczerze, że choć zakup całej trylogii był dla mnie dość ryzykownym przedsięwzięciem, biorąc pod uwagę, że zdecydowałem się „w ciemno”, nie znając choćby najkrótszego opisu fabuły, to już teraz jestem przekonany, że to jedno z największych pozytywnych zaskoczeń minionego roku. I mam nadzieję, że 2017 będzie obfitować w podobne doświadczenia 😉

|
Autor książki: Paulina Hendel |
