Aż się wierzyć człowiekowi nie chce, gdy na okładce najnowszej części cyklu o Lipowie widzi informację, że to już dziesiąty tom. Dziesiąty! A przecież „dopiero co” przeżywaliśmy wydarzenia opisane w „Motylku” czy „Więcej czerwieni” (która to, swoja drogą, niebawem trafi do Hiszpanii).
Tymczasem w Lipowie i okolicznej wsi Rodzanice dzieje się, dzieje… a właściwie działo, dzieje i dziać będzie, bo historię obserwujemy w kilku różnych perspektyw, w różnych momentach. Przyznam szczerze, że początkowo bardzo mnie to irytowało, jednak im dalej posuwałem się w lekturze, tym bardziej dawałem się porwać wykreowanej przez Kasię Puzyńską historii.
A w tej czai się moc słowiańskich wierzeń: wilkołaki, bóstwa płodności, a do tego superpełnia księżyca. Dodajmy jeszcze trupa, wieloletnie animozje, małą społeczność, bardzo od siebie uzależnioną, oraz duże grono bohaterów, skrywających rozliczne tajemnice. W efekcie co kilka stron dajemy się zaskoczyć autorce (lub po prostu bohaterom), a im bliżej finału, tym trudniej ustalić w sposób oczywisty, co tak naprawdę wydarzyło się na kartach tej powieści i dlaczego niektórzy bohaterowie postępują tak, a nie inaczej.
W ostatecznym rozrachunku „Rodzanice” nie tylko znakomicie komponują się w cykl o Lipowie (dodajmy uczciwie: „i okolicy”), będąc chyba najlepszą do tej pory częścią całej sagi. Oprócz tego stanowią same w sobie wyśmienitą lekturę dla fanów gatunku, choć uprzedzam – że bez wiedzy, co wydarzyło się w poprzednich dziewięciu tomach, nie należy „Rodzanic” nawet dotykać. A zatem – przyjemnego nadrabiania ewentualnych zaległości i… udanej lektury!
Nadmienię jeszcze tylko, że premiera książki już wkrótce, zatem pod koniec miesiąca wypatrujcie jej w księgarniach 😉
Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego w formie e-booka
gorąco dziękujemy Wydawnictwu Prószyński i S-ka.
⏬⏬⏬⏬⏬

|
Autor książki: Katarzyna Puzyńska |
