W dawnych czasach, zanim przylgnęły do nas nazwiska w obecnej formie, często związane były z cechą danej postaci. Kazimierz Wielki, Pepin Krótki… kojarzycie z historii pełno takich przypadków, zwłaszcza wśród władców. Dziś czasem żartujemy z nazwisk, ale tak naprawdę dobrze wiemy, że działają inaczej, niż wówczas. I tak, jak wszyscy pożeracze literatury znają powiedzenie „Nie oceniaj książki po okładce”, równie silnie powinni mieć na uwadze slogan „Nie oceniaj autora po nazwisku”. Zwłaszcza, jeśli tym autorem jest Jeffrey Small.
Przyznam szczerze, że ta książka zaskoczyła mnie wielokrotnie. Po pierwsze – swoją tematyką, o której kilka słów poniżej. Po drugie – na okładce pojawił się bardzo zachęcający blurb Remigiusza Mroza – pozwolę sobie zacytować:
Wbrew nazwisku Small to niemałe odkrycie! W tej książce jest wszystko: tajemnica, suspens, góry i zawrotne tempo.
Po trzecie, zaraz po otwarciu książki okazało się, że została ona przetłumaczona przez Agnieszkę Kalus, którą kojarzę z Instagrama jako @agaczyta. Dodajcie do tego fakt, że powieść została wydana przez Czwartą Stronę – a ja jestem Poznaniakiem i fajnie jest wspierać lokalne biznesy 😉 Wynik był oczywisty – 100. W tylu procentach byłem przekonany, że chcę tę książkę przeczytać i zrecenzować.
Amerykański naukowiec, Grant Matthews, wyrusza w podróż po Azji. Nie zamierza jednak zwiedzać – celem wyprawy jest odnalezienie tajemniczego buddyjskiego manuskryptu, o którym wspominał rosyjski dziennikarz Nikołaj Notowicz. Rzekomo dokument miał być na tyle istotny, że zależą od niego losy świata. Matthews w Himalajach pragnie odnaleźć pismo, by móc obronić swoją pracę doktorską na jego temat. Nieoczekiwanie natrafia na wiele przeszkód – przeciw niemu obraca się środowisko akademickie, wpada w konflikt z pewną fanatyczną sektą…
Jeśli komuś z Was przychodzi na myśl „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna – to słusznie. Różnica polega jednak na tym, że u Smalla wszystko jest… większe. Obszerniejsze, mające jeszcze większe konsekwencje, jeśli takie czy inne fakty wyjdą na jaw. Książka trzyma w napięciu, a zarazem jej lektura nie jest wybitnie stresująca – wręcz przeciwnie, raczej „płynie się” po kartach powieści, dając się porwać nurtowi jej fabuły. Nawet, jeśli czasem trzeba się rozglądać do tyłu lub na boki i wypatrywać, czy wróg nie czai się za zakrętem lub nie depcze nam po piętach.
Wiele w tej książce potrafi zaskakiwać – treść manuskryptu, droga do jego odkrycia, a nawet – chyba najbardziej – zakończenie. Jakie ono jest, tego Wam jednak nie zdradzę. Sprawdźcie sami 🙂
Za egzemplarz recenzencki gorąco dziękuję
Wydawnictwu Czwarta Strona.
|
Autor książki: Jeffrey Small |