Tej małej, a zarazem Wielkiej postaci nikomu chyba nie trzeba przedstawiać. Wielu poznało go w gimnazjum, niektórzy jeszcze w szkole podstawowej, inni w zupełnie odmiennych okolicznościach. Dlaczego zatem o nim piszę?
Przeczytałem historię Małego Księcia chyba trzeci raz. A ta krótka, niewiele ponad 100-stronicowa książka znów wywarła na mnie wrażenie. Bo takich Astronomów, Królów, Pyszałków, Pijaków, Ludzi Interesu, Latarników, Starych Jegomości (tudzież Geografów), Węże, a nawet Róże i niebezpieczne Baobaby możemy spotkać u nas na każdym kroku, nawet nie trzeba za bardzo się naszukać albo palcem wskazywać. Tylko czasem mamy problem z dostrzeganiem Narratora, któremu moglibyśmy opowiedzieć o tym wszystkim co nas spotkało i co nas „boli”… Co nie znaczy, że Go nie ma.
Tak, jak raz w roku dzielimy się opłatkiem, świętujemy naszą niepodległość czy topimy marzannę, tak samo postuluję, byśmy raz w roku czytali „Małego Księcia” – sobie, dzieciom, może w większym gronie. Choćby i w Dzień Dziecka. Bo dzięki tej lekturze na nowo zrozumiemy jak pogmatwany bywa świat dorosłych i że na otaczającą nas rzeczywistość czasem trzeba spojrzeć okiem dziecka, by wykonać kolejny krok, a nie stąpać w miejscu…
|
Autor książki: Antoine de Saint-Exupéry |