Gdyby zamiast przedstawiania autora i tytułu książki wpis nazwał hasłem „O pewnej powieści fantasy z czasów słowiańskiego średniowiecza”, najpewniej z góry założylibyście, że na scenę wkroczy zaraz Geralt z Rivii. Tymczasem już recenzując „Drogę do Nawi” Tomasza Duszyńskiego sugerowałem na Facebooku, że Wiedźmin ma konkurentów.
W przypadku „Krwi i stali” głównym bohaterem jest… Martwa Ziemia. To osnuty niebezpieczną mgłą obszar, na którym sto pięćdziesiąt lat temu zderzyły się dwa zaklęcia. Teraz w drogę do zapomnianej krainy za tą strefą, przechodząc wąskim przesmykiem, wyruszyła wyprawa. Celem wędrowców było znalezienie w starym klasztorze pewnych przedmiotów, które powinny wrócić do królestwa, nim mgielna zasłona zniknie na dobre. Niestety – cała grupa przepadła bez wieści…
W ślad za nimi wyrusza kolejna ekipa, pod dowództwem zaprawionego w boju oficera Dartora. Prawdziwy cel misji zna jednak tylko przewodnik – przysłany z polecenia króla tajemniczy Arthorn. Ani on, ani wojacy nie wiedzą jednak, jaki los zgotowali im bogowie.
Tak, jak do niektórych powieści fantasy jakoś nie umiem się przekonać (nie bez kozery „Władca pierścieni’ i „Wiedźmin” wciąż przede mną…), tak tym razem udało mi się niemal natychmiast wsiąknąć w fabułę na dobre. Owszem, po części dlatego, że kocham powieści rozgrywające się w średniowieczu – ale to nie jedyny powód. Arthorn jest postacią, której nie sposób polubić, mimo że on sam miałby na ten temat najpewniej inne zdanie, a za taką opinię rozpłatał mnie mieczem. Bystry, przezorny, kreatywny w trudnych chwilach, ale i waleczny kiedy trzeba. Takich hardych bohaterów lubimy, zwłaszcza gdy biorą na siebie nie lada zadanie.
Trzeba jednak przyznać, że postać Arthorna (jak i inni, barwni bohaterowie) to nie jedyny atut tej powieści. Bardzo zaintrygowała mnie wyprawa w nieznane – za, jak i wewnątrz Martwej Ziemi. Bo oto nikt, absolutnie nikt nie wie, co czeka odważnych (lub głupich, choć to podobno lubi iść ze sobą w parze), którzy się tam zapuszczą. Na dodatek po poprzedniej wyprawie nie pozostało nawet echo, a jedyna pewna wiedza datowana jest półtorej wieku wstecz. Poszlibyście? Ja nie, Arthorn, Darfor i inni tak. I to jest fascynujące – czytelnik z rezerwą śledzi, jak poszło innym.
Co jeszcze przykuło moją uwagę i podbiło serce, to estetyka książki jako przedmiotu. Przepiękna okładka, elegancka mapa krainy na pierwszych stronach, grafika na stronach rozpoczynających rozdziały i… cudowne inicjały tamże. Nie wiem, czy zachwycanie się takimi szczegółami jest normalne, ale trzymając takie cudo w ręce ma się wrażenie, że to nie jest byle jakie dzieło. I powiem więcej – to nie tylko wrażenie!
Zatem spakujcie tobołek, objuczcie konia, naostrzcie miecze i sztylety, a potem dołączcie do Arthorna i towarzyszy, by wyruszyć na wyprawę w nieznane. W końcu – każdy lubi przygody, prawda? 😉
gorąco dziękuję Wydawnictwu SQN.
|
Autor książki: Jacek Łukawski |