Po przyjemnym spotkaniu z twórczością Håkana Nessera w postaci recenzowanych w poniedziałek „Oczu Eugena Kallmanna” postanowiłem pójść za ciosem i sięgnąć po kolejną powieść. Tym razem padło na „Jedenaście dni w Berlinie”, czyli – o dziwo – zupełnie inną bajkę niż stuprocentowy kryminał…
Na łożu śmierci ojciec Arnego Murberga prosi go o przysługę. Przyznaje, że ukrywał przed synem fakty na temat jego matki. Kobieta wcale nie zmarła dawno temu, a uciekła z jakimś trubadurem. Do Berlina. Arne natomiast ma ją odnaleźć i w ramach wypełniania ostatniej woli ojca przekazać jej pewną szkatułkę.
Chłopak pod czujnym okiem wujka szkoli zatem swój niemiecki, by nie dać się pożreć „wielkiemu światu”, po czym wsiada w samolot i przylatuje do Berlina. Zaopatrzony w słowniczek, kartkę oraz szkatułkę, postanawia odnaleźć najważniejszą kobietę w swoim życiu…
Håkan Nesser w bardzo baśniowy sposób podszedł do kreowania tej historii. Oprócz Arnego poznajemy także pewnego nieco ekscentrycznego profesora oraz dziewczynę o imieniu Beate, mającą – oględnie mówiąc – pewne problemy… Jaką rolę odegrają Ci bohaterowie w historii Arnego i jego matki? Tego nie zdradzę, ale zapewniam, że nie sposób wyobrazić sobie tej opowieści w naszej zupełnie niebaśniowej rzeczywistości.
„Jedenaście dni w Berlinie” to ciepła, nieco magiczna opowieść, która niejednokrotnie Was zaskoczy – i to niekoniecznie zwrotami akcji. Osobiście polecam, choć mam świadomość, że nie wszystkim musi przypaść do gustu ów baśniowy klimat, przeplatający się z Berlinem, jaki znamy.
gorąco dziękujemy Wydawnictwu Czarna Owca.
⏬⏬⏬⏬⏬

|
Autor książki: Håkan Nesser |
