Przełom XVIII i XIX wieku. Don Rafel Massó i Pujades piastuje urząd cywilnego prezesa Trybunału Królewskiego w Barcelonie. Jego pozycja społeczna sprawia, że z poczuciem wyższości każe tytułować się „jaśnie panem”. Po dłuższym czasie, nie bez trudności, pojmuje to służba w jego rezydencji.
Trochę wolniej tytułowe konwenanse przyswaja żona, ale ona akurat jest zbyt zajęta uczęszczaniem na wszystkie nabożeństwa w okolicy oraz przygotowaniami do uroczystego Te Deum w katedrze na przełomie roku 1799 i 1800. Sytuacja ta sprzyja Dom Rafelowi najpierw ulokować jedną kochankę w domku na obrzeżach miasta, a później podglądać inny obiekt swych westchnień za pośrednictwem teleskopu.
Sielanka jaśnie pana kończy się jednak, gdy dochodzi do tajemniczego morderstwa pewnej piosenkarki. Don Rafel wraz z prokuratorem prowadzi śledztwo. Ba – znajdują nawet podejrzanego, jednak wraz z nim na jaw wychodzą pewne niewygodne fakty…
Gdyby streścić tę książkę w trzech słowach, byłyby to władza, seks i pieniądz. W dowolnej kolejności. Jaume Cabré przedstawia Barcelonę pełną korupcji, zdrady, walk o pozycję, ale zarazem nie stroni od obrazowania poglądów i dylematów, jakie jawiły się w umysłach mniej lub bardziej wykształconych obywateli, wyczekujących magicznego 1800 roku.
Nie wiem, jak wygląda sprawa z wcześniejszymi książkami tego pisarza, ale „Jaśnie pan” przypadł mi do gustu. I to nie tyle z powodu intrygi i morderstwa (choć dobrze wiecie, że uwielbiam kryminały), ale właśnie dzięki barwnemu opisowi dawnych czasów. Czułem się, jakbym mijał na ulicy Dona Rafela i innych, jakbym sam wypatrywał Nowego Roku i Te Deum, jakbym był ówczesnym mieszkańcem Barcelony.
|
Autor książki: Jaume Cabré |