Długo polowałem na tę książkę. Następnie długo zbierałem się do lektury. Ostatecznie – dlugo ją czytałem. Dla odmiany – recenzja będzie krótka 😉
O „Getting Things Done” (dalej zwanej GTD) jako metodzie organizacji pracy, a tym samym sposobie na zwiększenie własnej produktywności słyszałem wiele dobrego. Wszyscy zachwalali, choc polecali też inne metody – jak opisywana już przeze mnie „Zen To Done” Leo Babauty. Zanim opowiem jednak o swoich odczuciach – krótka informacja na temat GTD. Metoda ta sklada się z pięciu etapów, przez które powinno się przechodzić, zastanawiając nad każdym zagadnieniem. Są to: Gromadzenie -> Analizowanie -> Porządkowanie -> Przeglądanie -> Realizacja.
Przechodząc do mojej opinii… mimo zachęty autora pod koniec książki, drugi raz do jej lektury na pewno nie wrócę. Ani za 3-6 miesięcy, jak sugerował, ani za rok, dwa czy siedem. Skłamałbym twierdząc, że GTD jest do bani i w ogóle się nie sprawdza. Siadając do lektury warto jednak mieć świadomość jednego: ksiazka ta (jak i sama metoda) kierowana jest przede wszystkim do osób posiadających własną działalność gospodarczą lub pracujących w korporacji, tonących w tysiącach dokumentów i maili, mogących – a nie potrafiących – delegować swoje zadania innym osobom. Sytuacja ta nijak mnie nie dotyczy i najpewniej nigdy nie spotka (a przynajmniej mam taką nadzieję).
Liczyłem, że znajdę tu remedium na dotykający mnie problem kiepskiej produktywności i pełno list zadań, na których dochodzą kolejne punkty, ale o odkreślaniu wykonanych nie ma mowy. Cóż… Do kilku porad Davida Allena się zastosowałem, jednak znalazłem je na pierwszych kilkudziesięciu stronach i lektura kolejnych była dla mnie drogą przez mękę.
Podsumowując – trzy razy zastanówcie się najpierw, czy to książka dla Was, a dopiero potem sięgnijcie po lekturę.
gorąco dziękujemy Wydawnictwu OnePress.
|
Autor książki: David Allen |
