Wózek, łóżeczko, ubranka, wanienka, bujaczek, fotelik, zabawki, smoczki, pieluchy, butelki, laktator, kremy, kosmetyki, herbatki… lista nie ma końca. Wszystko musisz mieć, wszystko najlepsze I z atestami, jeszcze śmierdzące chemią nowości, najlepiej podwójnie – „jakby co”.
Czy aby na pewno? Czy nie poszaleliśmy z tą manią kupowania? Czy ilość gadżetów dodaje Ci punkty za rodzicielstwo. Czy ilość wydanych pieniędzy działa jak karta stałego klienta i spodziewasz się gratisów?
Dzieci odpłacą Ci się, ale nie za najnowsze cuda techniki, którymi zagraciłeś dom, ale za czułość opiekę i czas spędzony wspólnie.
Do wcześniejszych wniosków jednak może dość co któraś matka, czytająca jakikolwiek minimalistyczno-eko blog innej rodzicielki. Czym jednak ta książka się wyróżnia spośród potocznej wiedzy, że nie potrzebujesz wszystkiego co mają inni, co ma zastosowanie tak dla dzieci, jak i dla dorosłych?
Autorka rozprawia si z wszystkimi tematami dotyczącymi zakupów jeszcze przed narodzinami, dotyczącymi także odzieży ciążowej, której tak naprawdę nie potrzebujemy. Kosmetyków dedykowanych dla ciężarnych, które z powodzeniem mogą być zastąpione oliwą, olejkiem z migdałów, a od siebie jeszcze dodam, że olejem kokosowym. „Ciąża to nie choroba” – powtarzają to wszyscy, a jednak wciąż jest to bardzo zmedykalizowany okres w życiu każdej mamy, poprzez stałe, często zupełnie niepotrzebne i kosztowne upewnianie się, że wszystko będzie dobrze. Kiedy oczekiwanie ma się ku końcowi, przychodzi czas na pakowanie torby do szpitala, której naprawdę nie trzeba wypełniać najnowszą modą, a zwykłymi rzeczami, których ciężarna używała przed porodem.
Po porodzie potrzeby wzrastają – skoro pojawiła się kolejna osoba w rodzinie, potrzeba kupić… No właśnie, przez pierwsze miesiące dziecko potrzebuje tak naprawdę rodziców, a przede wszystkim mamy. Pieluchy, ubranka, akcesoria do higieny, snu, spaceru, karmienia i jedzenia są po kolei omawiane w książce, a większość „przydasiów” obalana. Wydatki na pewno się pojawią, ale jeśli chcemy mieć dobrą relacje z dzieckiem, a nie dziecka z przedmiotami, zapełniającymi coraz szczelniej naszą przestrzeń, to dużej części z nich nie musimy – ba, nie powinniśmy – kupować.
Teorie autorki poparte są wypowiedziami rodziców, a także w przypisach znajdziemy różne źródła, m.in. z artykułów medycznych, czasopism branżowych, naukowych książek, wypowiedzi pediatrów, ekologów. Nazwiska takie jak Sears, Gonzales, Bernardi mówią same za siebie. Autorka nie mówi tylko o tym, czego nie kupować, ale także jak zastępować, jak szukać rozwiązań, aby zdobyć rzeczy, które naprawdę są nam potrzebne, a nie – jak wmawiają nam reklamy – są nam niezbędne. Giorgia Cozza stawia na naturalne rodzicielstwo bliskości, w którym najważniejsza jest relacja. Na końcu każdego rozdziału podaje też kilka pozycji w literaturze, dzięki którym możemy zgłębić poruszany temat.
Książkę czyta się, a właściwie pochłania się, bardzo szybko (jeśli się jest matką, coraz bardziej niecierpliwie oczekującą dziecka, a więc osobą do której skierowana jest książka). Fachowa wiedza ujęta prostym językiem, opatrzona pięknymi cytatami i często śmiesznymi anegdotami, poparta źródłami, a dla porównania w odpowiednich miejscach także kwotami.
Polecam serdecznie mamom i tatom, gdyż najczęściej to oni finansują wydatki, które można by ograniczyć 🙂 Chociaż myślę, że dobrze, aby przeczytali ją także wszyscy serdeczni znajomi, pytający co chwilę: „czy macie już to, to to…?” 😉
Przyjemnej lektury!
|
Autor książki: Giorgia Cozza |
