Do sięgnięcia po tę książkę zachęcił mnie między innymi George Clooney na okładce – gdzieś mi po głowie obijało się, że jest ekranizacja, ale byłem przekonany, że jej nie widziałem. W tej kwestii akurat miałem rację 😉 Nie ukrywam, że zachęciła mnie też cena – 6 zł w księgarni Tak Czytam. Sumując oba argumenty, zdecydowałem się na książkę. Czy słusznie?
Głównego bohatera poznajemy pod uroczym pseudonimem: Signor Farfalla – Pan Motyl. Mówią tak o nim wszyscy – poczynając od sąsiadów, na lokalnym duchownym – ojcu Benedetto, księgarzu Galeazzo i licznych kobietach kończąc. Skąd taka ksywa? Mężczyzna przedstawia się wszystkim jako artysta, malujący przepiękne motyle żyjące w okolicy.
Jak już się zapewne domyślacie – historyjka z motylami jest bzdurą wyssaną z palca. Zresztą przekonujemy się o tym wkrótce, gdy bohater zaczyna nas wprowadzać w świat swojego prawdziwego „ja”. Dowiadujemy się, co robi, w jaki sposób zarabia na życie, dlaczego udaje akurat artystę… Słowem – Signor Farfalla odkrywa przed nami wszystkie karty, niemal jak na spowiedzi.
Książka stanowi rozmyślania o życiu i śmierci, przemijaniu, zostawianiu śladów, zżywaniu się z otaczającymi nas ludźmi. I brzmi to pięknie, i jest w pewnym sensie wzniosłe, choć życie Pana Motyla do godnych naśladowania niekoniecznie należy. Jest w ty wszystkim jednak pewne „ale”, które może Was zniechęcać do czytania. Bo nie ukrywam, że ja się z tą książką nieco namęczyłem…
Fabuła jest bowiem… rozwlekła. Dodatkowo nieco (ale nie do końca) przewidywalna, fakt, ale mnie osobiście męczyło to, że ów Signor Farfalla truje nam opowieściami o życiu i wszystko wygląda tak, jakby doba miałą 72 godziny, a facet przez co najmniej 70 zamęczał nas opowieścią swojego życia oraz historyjkami z życia otoczenia. A szkoda – bo pomijając ten fakt, książka naprawdę jest ciekawa i warta przeczytania. Ot, trzeba się po prostu przy niej trochę napocić i wystękać, ale może taki właśnie jej urok? 😉

|
Autor książki: Martin Booth |