Macie czasem wrażenie, że wszystko dzieje się nie po Waszej myśli? Że los nieustannie rzuca Wam kłody pod nogi? Cóż, jestem przekonany, że te problemy bledną w porównaniu z tym, co spotkało Daniela Kaspersena.
Dan wyszedł właśnie z więzienia i przybył do rodzinnej wsi Skogli, na pogrzeb brata – ostatniego członka bliskiej rodziny, poza wiekowym, zniedołężniałym wujkiem. Wkrótce po pogrzebie eks-skazaniec zostaje oskarżony o pobicie pewnego starca. I nie byłoby takich domysłów, gdyby nie fakt, że ofiara jest dziadkiem osoby, która swoimi fałszywymi zeznaniami doprowadziła do skazania Daniela.
Czy Dan może udowodnić swoją niewinność, gdy wszyscy już niemal wydali na niego kolejny wyrok – łącznie z policją? Nie będzie łatwo… Niespodziewanie w życiu byłego więźnia pojawia się jednak tajemnicza kobieta – Mona Steinmyra. Kim jest? Czego chce? I – co najważniejsze – czy będąc niemal jedyną osobą ufającą Danielowi sprawi, że ten uwierzy w siebie i uzna, że chce się żyć?
Przyznam się Wam, że jakiś schemat wrył się w moje myślenie, bo przed lekturą byłem niemal stuprocentowo peqien, że to… kryminał. Tak sobie zakodowałem, że Skandynawia produkuje tylko kryminały i tyle. A jest zupełnie inaczej – ta książka rzeczywiście przywodzi na myśl Henninga Mankella, ale zdecydowanie tego od „Włoskich butów”, a nie przygód Wallandera.
„Śnieg przykryje śnieg” to tymczasem trudna, choć piękna opowieść o tym, jak ciężko jest żyć ze świadomością, że nikt w Ciebie nie wierzy. I – paradoksalnie, ale równocześnie – o tym, że zawsze jest ktoś, dla kogo warto żyć, mimo przeciwności losu, choć wymaga to poświęceń. To słodko-gorzka pigułka opatrzona napisem „życie”, pastylka, którą należy ssać powoli, w zadumie…
gorąco dziękuję Wydawnictwu Smak Słowa.
|
Autor książki: Levi Henriksen |