Pana, który chodzi boso przez świat, znają chyba wszyscy. Z radia, telewizji, internetu, książek… skądkolwiek. O ile jednak nie oglądam telewizji, nie słucham radia, w internecie zaglądam tylko w wybrane miejsca ;), to książki Wojciecha Cejrowskiego lubię.
W „Wyspie na prerii” autor zabiera nas do dalekiej Ameryki, na prawdziwy „Dziki Zachód”, a jeszcze ściślej – do swojego małego rancza. Dowiadujemy się, w jaki sposób wszedł w jego posiadania (trzeba przyznać, że dość… nietypowo), ale także odkrywamy, jakimi prawami rządzi się preria. I to dosłownie – bo to nie człowiek rządzi prerią, ale ona człowiekiem. A czasem wręcz nim pomiata 😉
Cejrowski w zabawnym, gawędziarskim stylu pisze w tak interesująco, że nie sposób oderwać się od lektury. O czymkolwiek opowiada – czy to o kobietach na prerii, czy o „trawnikowych terrorystach”, czy nawet o testowaniu żywotności krzeseł biorąc pod uwagę zjadające je termity – wszystko to okraszone jest pewną magią, staje się ciekawą anegdotą, podaną nam „z jajem”, z humorem, polotem.
Niemal skutecznie autor zachęca nas mimowolnie, byśmy sami wybrali się na prerię, zbaczając z autostrady, a potem z każdej kolejnej amerykańskiej drogi, aż w końcu natrafimy na pustkowie. I tam dopiero zacznie się Prawdziwa Ameryka. Taka, którą warto poznać. Taka, której próżno szukać w przewodnikach turystycznych. Taka, w której można się zakochać, choć będzie to miłość dziwna i nie wiadomo, czy odwzajemniona 😉
|
Autor książki: Wojciech Cejrowski |